Galeria - Nikisz zawsze mi bliski

1 marca 2009 | autor: Marek Locher

NIKISZOWIEC NIE MÓJ, ALE ZAWSZE MI BLISKI

Nikiszowiec – mogę śmiało powiedzieć, że jestem z nim związany od zawsze. To tutaj bowiem w jasnoniebieskim gmachu szpitala przyszedłem na świat! Nikisz jednak nigdy nie był miejscem docelowym, nie mieszkał tu nikt z naszej najbliższej rodziny ale był zawsze ważnym miejscem pośrednim na drodze między Mysłowicami a Giszowcem. Na Nikisz zależnie od której strony patrzeć prowadziło zawsze kilka dróg: przez Planty, Zing Zing i Janów, od Podgruby, od Boliny czy też szlakiem wąskotorówki czyli z Giszowca przez Koreę i Carmer.
Jeśli mam na myśli Nikiszowiec to automatycznie widzę także kopalnię – jego nieodłączną spójną część: dwa wysokie kominy elektrowni Jerzy, starą Cechownię z wieżą zegarową, nową łaźnię i oczywiście wieżę szybu Pułaski – najwspanialszą ze wszystkich konstrukcji wież wyciągowych. To właśnie główny rejon kopalni Wieczorek widziany okiem przechodnia od ulicy Szopienickiej. Tą ulicą w stronę Giszowca podążała jeszcze w latach 80tych kolejka wąskotorowa na tamtejszą cegielnię i inne kopalniane szyby (to ta sama trasa, którą jeździł dawniej sławny Balkan). Zawsze będę pamiętał ten charakterystyczny warkot i gwizdek małych lokomotywek typu WLS i stukot wagoników które ciągnęły. Ten tor przebiegał na Giszowcu przez Nojbau tuż za chlewikami, obok domu moich Dziadków. Wąski tor łączył jeszcze pod koniec istnienia holtzplac na szybie Poniatowskim i dalej na północ rejony szybów Wilson i Ligoń  – dziś już nieistniejące. Kolejnym nieodłącznym miejscem przy Nikiszowcu jest Bolina – dawny kopalniany ośrodek rekreacyjny. Tutaj zawsze przyjemnie było spacerować licznymi alejkami czy wokół stawów, wykąpać się w letnim basenie, posłuchać koncertu na festynie czy przeżyć chwilę szaleństwa na ogromnej skrzypiącej huśtawce, oraz obowiązkowo w sobotę czy niedzielę postać w godzinnej kolejce po lody w pobliskiej lodziarni u Królki – upragnione trzy gałki truskawkowych smakowały jak nic na świecie! Leśne alejki gdzieniegdzie przyozdabiała nitka ciepłociągu z licznymi zawijasami kompensatorów biegnącego od kopalni aż na cegielnię oraz linia taśmociągu węglowego Rozdzieński – Pułaski ze swoimi stacjami przesypowymi. Nad całym tym terenem górowały oczywiście widoczne z daleka kominy kopalnianej elektrowni sygnalizując ścisłą przynależność, natomiast od południa ten obszar leśny przecinał i jednocześnie zamykał nasyp szlaku koleji piaskowej.
Całe to skupisko wyjątkowych miejsc dawało o sobie znać również w znacznej odległości nie tylko zarysowaniem swych charakterystycznych sylwet na horyzoncie – w letnie noce przez otwarte okno mojego pokoju dobiegał charakterystyczny stukot spychaczy kursujących na zwałach węgla szybu Wilson. Dziś nasłuchuję już jedynie wyjącego dizla „Tamary” coraz rzadziej podążającej z wagonami przez las na szlaku kolei piaskowej.
Gdy któregoś dnia penetrowałem na rowerze liczne leśne ścieżki Janowa i Boliny decydując się na znaczny podjazd wzdłuż piątego odcinka kopalnianego taśmociągu wyjechałem na wysokie wzniesienie od północy już porastające drzewami. Roztaczał się z niego wspaniały widok na  elektrownię Jerzy a dalej także na zabudowania kopalni, nie wiedząc czemu poczułem jakąś niezwykłość tego miejsca. Jakież było ogromne zaskoczenie, gdy wiele lat później zobaczyłem na fotografii Anny Chojnackiej to właśnie miejsce w swoim pierwotnym kształcie i funkcji – kopalnianej hałdy. W tle roztaczał się ten sam znajomy widok z dwoma kominami kopalnianej elektrowni, a na pierwszym planie rysowała się sylwetka człowieka stojącego tyłem do obiektywu. To był mistrz Teofil Ociepka, zrozumiałem że to właśnie jest hałda na której spotykali się wszyscy członkowie sławnej Grupy Janowskiej z mistrzem Ociepką na czele. Miejsce to do dziś chętnie odwiedzam szukając inspiracji czy po prostu chwili wyciszenia i oddechu od pędu codzienności...

Wymieniony zbiór kilku wspomnień dawnych i tych całkiem wczorajszych skłania do podsumowania i zadania sobie pytania: Cóż więc jest takiego niezwykłego w tym Nikiszowcu i jego najbliższej okolicy. Otóż dla mnie to stuprocentowy Śląsk w pigułce ze wszystkimi cechami swojego przemysłowego rodowodu, idealna mała doza każdego z elementów definiujących w ogólnej skali Nasz Śląsk Przemysłowy z ubiegłego stulecia: synergiczne połączenie stosownie dominującej architektury przemysłowej, płynnie łączącej się z unikalną zabudową mieszkaniową, wkomponowane w mnóstwo zielonych, zalesionych obszarów i przenikane licznymi szlakami kolejowymi będącymi arteriami transportowymi bez których drożności „organizm” ten uschnie tracąc na zawsze swój urok. To wszystko sprawia że mogę tam przechodzić czy tylko przejeżdżać choćby codziennie, bez żadnego powodu, tak po prostu by być i zachwycać sie urokiem tych miejsc, przywoływać bezcenne wspomnienia i cieszyć się faktem, że dane mi było się tu urodzić oraz wychowywać w bezpośrednim pobliżu.

Marek Locher
artysta fotografik
luty 2009

powrót do galerii